Spojrzałem
przed siebie. Znów stałem na tym niewielkim pagórku, wypatrując bratniej duszy
w blasku zachodzącego słońca. Przychodziłem tu myśleć. Niedługo pojawią się
gwiazdy. Nakreślę mapę gwiazdozbiorów, jak zawsze, kiedy czuję się tak źle.
Dzięki nim i tej czynności, nie czuję się aż tak samotny. Położyłem się na
trawie. Zamknąłem oczy. Kolejny raz oczekiwałem nocy.
Zadzwonił dzwonek na lekcje i dzięki niemu
wróciłem do rzeczywistości. Ostatnia godzina w szkole, chemia. Usiadłem w ławce
i jak zwykle nikt się do mnie nie przysiadł. W mojej kalsie nikt nie chciał
mieć ze mną żadnej styczności. Nauczycielka oddała sprawdziany. Dostałem dwóję.
Niby moja twarz nie wyrażała emocji, ale wbijałem paznokcie w kolana i uda.
Zależało mi na ocenach z chemii. Wróciłem do swojego świata, nie zwracając
uwagi na resztę. Nie wiem, ile czasu byłem u siebie, ale wybudziła mnie drobna
dłoń ściskająca i potrząsająca moim ramieniem.
- Dominik,
czy ty mnie słyszysz? – Dotarło do mnie pytanie wychowawczyni. – Pytam już
kolejny raz. Radzę Ci odpowiedzieć, mój chłopcze. – Chemiczka mówiła do mnie
zniecierpiwionym głosem. Cała jej postawa wyrażała irytację.
Ja tymczasem
nie miałem bladego pojęcia, czego ode mnie oczekiwała. Udałem więc, że wcale
nie wróciłem na Ziemię, ale nadal przebywam w krainie wiecznego marzenia i
nierozwiązanych pytań. I rzeczywiście, już po chwil, zapadłem w ten stan.
Ponownie ocucił mnie dzwonek. Wrzuciłem książki do plecaka i wyszedłem,
wyniośle ignorując zatroskane spojrzenie wychowawczyni. Z moich rozmyślań
wyrwał mnie głos powtarzający moje imię.
Obejrzałem się i spostrzegłem koleżankę z klasy, Gabrielę, która
zmierzała prosto na mnie szybkim krokiem. Zatrzymałem się, nie okazując zainteresowania
zaistniałą sytuacją, chociaż w rzeczywistości dziewczyna bardzo mnie
zaintrygowała. Dotarła do mnie i popatrzyła mi w oczy. Jakby za dotknięciem
magicznej różdżki, Gabriela straciła całą pewność siebie, która przecież była
jej silnym atutem. Gimnazjalistka otwierała i zamykała usta niczym ryba wyjęta
z wody. Chciałem jej jakoś pomóc, lecz nie potrafiłem. Chciałem zdjąć tą
ochronę w postaci maski izolującej mnie jeszcze bardziej od ludzi. Postanowiłem
pozwoić jej działać, ale ona po kilku nieudanych próbach wydobycia z siebie
głosu potrząsnęła włosami i spuściła głowę na dół. Odwróciła się na pięcie i
odeszła. Patrzyłem za nią, póki nie zniknęła mi z oczu. Szkoda. Miałem
nadzięję, że chociaż ta delikatna istota będzie chciała mnie poznać i pozwoli
mi się otworzyć. Myliłem się. Wyszedłem przed gmach szkoły. Nie chciałem wracać
do domu. Nienawidziłem mojego mieszkania. Dobrze wiedziałem, że nikt mnie tak
nie chciał. Bardzo dużo myślę. Wyszedłem niespiesznym krokiem na chodnik.
Jestem bardzo samotny. Zupełnie nie widzę sensu w moim bytowaniu. Choć może
jestem inny niż reszta, to funkcjonuje tak jak oni. Moim problemem jest
zamykanie się w sobie. Niemożność nawiązania kontaktu z ludźmi. Naiwnie wciąż
wierzę, że ktoś zrobi pierwszy krok za mnie. Oczywiście, nic takiego się nie
dzieje. Jestem dziwakiem, trzymam się na uboczu, nikt nie chce przyjaźni z
takim jak ja. Zdaję sobie z tego sprawę i chorobliwie mnie to boli. Ludzie,
którzy mnie znają, życzą mi śmierci i nieustannie mnie męczą. Ledwie zdążyłem
wytworzyć sobie tę myśl w głowie, poczułem, jak coś zwala mnie z nóg. Usłyszałem
szyderczy śmiech kolegi z kalsy – Igora. Poczułem też jak do ust napływa mi
spora ilość krwi z nosa, która poleciała na skutek mocnego uderzenia nim o
chodnik. Zacisnąłem zęby z bólu. Powstałem i w sekundzie puściłem się biegiem
na mój pagórek. Bałem się Igora. Chciałem jak najprędziej dotrzeć do mojej
samotni. Był piątek i wiedziałem, że nie wrócę do domu do niedzieli. Rodzice na
pewno nie będą się martwili. Oni mnie nie kochają. Dla matki liczy się tylko
kolejna libacja, a ojciec ma w głowie tylko pracę i kochanki. Nie przejmują się
mną wcale i czasem mi to nawet odpowiada. Niestety częśniej czuję do nich
ogromny żal, że nie są i nigdy nie będą i nigdy nie byli w stanie podołać
rodzicielstwu. Przez nich także czuję się samotny i to właśnie z ich winy
jestem dziwny, nieśmiały, niekochany i zamknięty w sobie. Wytarłem krew z
twarzy kiedy dotarłem do mojego azylu i wtarłem ją w zieloną trawę. Pozwoliłem,
aby z nosa wyleciało wszystko to, co miało wylecieć i oparłem się plecami o
drzewo rosnące tu od zawsze. Potężna wierzba płacząca wybijała się spośród
całej reszty roślin na tym obszarzem, lecz wiedziałem, że tylko ja znałem i
odwiedzałem to miejsce. Nie rozumiałem co się ze mną działo. Wykrzyczałem, z
ogromną desperacją, najgłośniej jak potrafiłem słowa: „Dlaczego jestem taki
samotny?!”. Oczekiwałem odpowiedzi. Pogubiłem się w sobie. I wtedy zerwał się
bardzo silny wiatr. Wichura uderzyła we mnie z całym impetem powalając mnie na
ziemię. Skuliłem się do pozycji embrionalnej i rozpłakałem. Liście i włosy
oplatały mi twarz, a ja coraz bardziej zatracałem się w bezdennej, ale
uspokajającej rozpaczy. Zrzuciłem maskę i byłem kruchym i słabym sobą. Im
więcej łez spływało po mojej twarzy, tym wiatr wiał lżej. Kiedy już moje oczy
wyschły usłyszałem kojący, kobiecy głos:
- To nie twoja wina Dominiku.
Przestraszyłem
się. Wrzasnąłem jak mała dziewczynka. Nikogo nie było w pobliżu, a ktoś do mnie
mówił. Czy ja już totalni oszalałem?!
- Kim
jesteś? – Spytałem drżącym głosem i poczułem ciepły podmuch na skórze okrywającej
policzki.
- To
nieistotne, jestem żywiołem. Posłuchaj mnie Dominiku. Jesteś dobrym człowiekiem
i samotność to nie twoja wina. – Usłyszałem zmianę z kobiecego głosu w głęboki,
męski i stanowczy bas, a ciepły wietrzyk przerodził się w bezlitosny huragan.
- „Wśród
ludzi też jest samotnie” – zagrzmiał głos – ucieczka nie zawsze jest najlepszym
wyjściem.
Głosy
przepadły. Wszystko zamilkło. Tak jak niespodziewanie i nagle się zaczęło, tak
samo szybko zniknęło, lecz jeszcze gwałtowniej. Leżałem oszołomiony, ale
uśmiechałem się promiennie. Pojąłem wszakże wszytsko. Zrozumiałem, że nigdy nie
byłem samotny dlatego, że ze mną było coś nie tak. Jestem samotny ponieważ,
ludzie są zapatrzeni w siebie. Są egoistami i nie chcą widzieć problemów, a
szczególnie tych, którzy choć odrobinę odbiegają od norm. Wszyscy mnie
ignorowali. Nikt mnie nie doceniał. Rodzice zupełnie się mną nie interesowali.
Wychowawczyni nie miała odwagi, żeby mi pomóc. Gabriela próbowała, ale nie była
zbyt pewna czy chce to zrobić. Igor i inni dręczyciele nie akceptowali mnie i
uważali się za lepszych ode mnie. Nikt nie chciał mnie poznać. I nie zmienił
się żaden człowiek by pomóc drugiemu.
Z plecaka
wyjąłem scyzoryk. Rozłożyłem go w ręku i bawiłem się nim chwilę. Byłem pewien
tego co chciałem zrobić. Uśmiechnąłem się od ucha do ucha. Byłem absolutnie
szczęśliwy. Nigdy nie zrobiono dla mnie nic dobrego. Powtórzyłem słowa wiatru
„Wśród ludzi też jest samotnie”. To prawda. Przyłożyłem ostrze do piersi.
Pchnąłem je zdecydowanym ruchem. Ostatnim co pamiętam był delikatny upadek na
szkarłatną trawę. Chłopiec zapomniany przez wszystkich martwymi oczami i z
przerażającym uśmiechem wpatrywał się w niebo.
Opowiadanie
nazywa się „Zły wybór”. Napisałam to ponad rok temu. Przepisałam je teraz z
kartki i powiem szczerze, nadal strasznie mi się podoba. Jest dobrym obrazem
myślenia młodych osób, bo czy Dominik ze wszystkim miał rację? Zostawiam
pytanie w eterze i daję wolną rękę do interpretacji.
Niedługo
niespodzianki.
Dobranoc =)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz