„Zmiany
w trzech krokach”
W końcu wydostałam się z łóżka, do którego
przykuta byłam przez dobre kilka miesięcy. Nie wiem co się działo. Pamiętam
tylko ludzi w białych maskach i wielkich goglach. Pochylali się nade mną i…
złapałam się za głowę. Okolice skroni zaczęły pulsować kłującym bólem.
Promieniował on na dosłownie całą czaszkę i pomyślałam, że wolę umrzeć niż
przeżyć to drugi raz. Powoli się uspokajało.
Stałam w koszuli nocnej
przed budynkiem Muzeum Zmysłów i Pomysłów. Ogromny szklany gmach zajmował sporą
część przestrzeni przy ulicy Gwardii Ludowej i 7 Czerwca 1991 r. w Płocku. Na
plecach miałam mały plecak. Ból głowy już ustąpił. Ostrzegawcze pulsowanie
upewniło mnie w przekonaniu, że spowodowany był zatajonymi wspomnieniami w
mojej głowie. Zaczęłam bać się, co oni mi zrobili. W plecaku znalazłam czarny
podkoszulek na krótki rękaw i zgniłozielone szorty. Postanowiłam, że wypada się
przebrać. Dziwił mnie fakt braku żywej duszy w zasięgu wzroku. Albo cała
ludzkość wyginęła, albo po prostu jest jakaś szósta rano. Zaśmiałam się w duchu
i obeszłam budynek, gdzie przebrałam się. Koszulę wyrzuciłam do śmieci. Nie
chciałam więcej wspomnień. Teraz, choć na boso, mogłam przejść się na spacer i
pooddychać świeżym powietrzem. Tak bardzo mi tego brakowało! Kocham naturę.
Maszerując raźnym krokiem podziwiałam nowe i młode rośliny napotykane bez
przerwy na mojej drodze. To mnie bardzo uszczęśliwiło. Koniec z niszczeniem
zielonych płuc. Również cieszyłam się, że nawet na jednym drzewie, nie było
śladu ohydnego sprayu. Żadnej roślinki przeznaczonej do wycinki. Prawie
podskakiwałam z radości. W pewnym momencie poczułam się dziwnie. Przystanęłam
przy SDK-u na alei Spacerowej i rozwarłam szeroko szmaragdowe oczy. Uderzyła we
mnie fala tak mocnej siły, że prawie upadłam na plecy. Moje źrenice prawie
zakrywały tęczówkę. Mrugałam zdziwiona, lecz moje powieki wracały do
poprzedniego stanu. Na moich oczach, w bardzo krótkim czasie SDK z
podstarzałego budyneczku zmienił się w prawdziwy raj dla dzieci i młodzieży. Po
ścianie wiła się żółciutka zjeżdżalnia prowadząca do otwartego basenu z
piłkami. Przez duże okna widniała sala do tańca, stał tam fortepian i było
bardzo dużo miejsca. Na parterze mieściła się pracownia plastyczna, zaraz przy
drzwiach, gdzie weszłam najpierw. Cała zagracona była różnymi przedmiotami w
abstrakcyjnych pozach idealnych dla szkicowania. Na suficie wisiały prace
dzieci, a na ścianach piękne fotografie. Było też kilka szafek do
przechowywania materiałów. W kolejnym pomieszczeniu znalazłam wiele
instrumentów muzycznych i mnóstwo luźno poustawianych krzesełek. Tu atmosfera
musiała być genialna! Była zachwycona także aulą, gdzie mogły odbywać się
przedstawienia teatralne. Wyglądała doskonale. Wychodząc już z budynku
zauważyłam scenę, gdzie porozstawiany był sprzęt muzyczny. Chwiałam się lekko
na boki, ale postanowiłam iść dalej. Wtedy moje źrenice się zmniejszyły.
Odwróciłam się, a SDK wyglądał tak jak dawniej. Zdziwiłam się, jednak
wzruszyłam ramionami i pomaszerowałam dalej. Musiało być już trochę później, a
na ulicach nadal nikogo. Miałam zamiar przemyśleć tą sprawę, lecz fala jeszcze
mocniejszej siły uderzyła we mnie rozwiewając moje włosy i rzucając mną na
budynek, ale na tyle delikatnie, że zdołałam utrzymać się na nogach. Byłam na
Kwiatka. Powieki poszły w górę, źrenice zmieniły się w talerze, a razem z nimi
stare kamienice zalśniły nowymi farbami, odrestaurowanymi zdobieniami i
szczelnymi oknami. Piękno zamierzchłych czasów zlało się z pięknem
współczesnych co dało efekt powalający na kolana. Nowe dachówki lśniły w blasku
słońca. Wszystko wyglądało tak estetycznie i cudownie, że najchętniej
patrzyłabym na to do końca swojego życia. Niestety widok ulotnił się szybko,
kiedy tylko przestałam sunąć opuszkami palców po chropowatych ścianach oczy
wróciły do normy, a kamienice przestały wyglądać dostojnie i majestatycznie.
Kiedy słońce wskazywało na popołudnie stąpałam bosymi stopami po plaży nad
Sobótką. Miękki piasek muskał moją skórę. Śmiałam się do promieni ogrzewających
moje ciało. Tańczyłam na złocistych, maciupkich kamykach z uśmiechem na twarzy.
Czy właśnie tak teraz będzie wyglądało moje życie? Cudownie. Pobiegłam w stronę
amfiteatru po płytach. Mój beztroski bieg przerwało silne uderzenie
niewidzialnej mocy, które sprawiło, że upadłam na beton i straciłam
przytomność. Nie było mi dane oglądać wielkiej sceny rozstawionej na plaży.
Czystej wody i biało-złotego pisaku. Strefy z jedzeniem, miejsca do zabawy,
głośnej muzyki. Gdzie byli ludzie?
Zatonęłam w pustce swojego wybrakowanego umysłu.
Trzej mężczyźni w maskach i goglach pochylali
się nad dziewczyną o szmaragdowych oczach. Do jej głowy podpięte było mnóstwo
kabli. Na monitorach leciały ostatnie wspomnienia dziewczyny. Jeden z mężczyzn
przemówił głębokim głosem:
- Obiekt testowy wrócił
wedle oczekiwań. Eksperyment w pełni się powiódł. Obiekt uwięziony był między
dwoma wymiarami. Oglądał teraźniejszość i przyszłość jednocześnie. Nie widział
ludzi. Nie miał wspomnień. Wrócił zgodnie z przewidywaniami. Koniec raportu.
Drugi mężczyzna
skończył notować, a trzeci wskazał na poruszające się palce dziewczyny i
uśmiechnął się zadowolony.
Powinnam napisać drugą część?
Pozdrowionka, Gabs c:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz